Narzędzia REFLEXIO2025- na chłopski rozum

Narzędzia te powstały z konkretnych potrzeb jakie zgłaszali mi konkretni ludzie, w bardzo konkretnych sytuacjach problemowych. Zgłaszali w różnych sytuacjach, a więc i ich konwencja też bywała różna. Generalnie sprowadzała się do oczekiwania , że problem zniknie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różki… Rozumiałem, choć samego przekonania – co do istoty oczekiwań-  nie podzielałem.

Poszukiwanie pigułki na wszystkie dolegliwości zespołów realizujących wspólne zadania ma w sobie coś z obietnicy czarnoksiężnika zamieniającego szare na złote. A skoro o szarym już mowa, to właśnie w obszarach szarych komórek siedzi gdzieś owo oczekiwanie sąsiadując bezwiednie z przyczynami wszystkich najważniejszych problemów, jakie dręczyły ludzi i nadal dokuczają z uporem wartym lepszej sprawy.

W sumie bowiem i to co myślimy i jak myślimy siedzi właśnie w naszych przekonaniach, zapisanych akurat tam. W tym, co szare… A jako doktor filozofii, to sami rozumiecie: ludzie z problemami -i ci z produkcji i ci z administracji -widzieli we mnie teoretyka i dlatego wiedziałem doskonale czego nie wolno mi na ich oczach robić: teoretyzować. Przekonywać człowieka- z konkretnymi problemami do najlepszej nawet, prostej i skuteczniejszej zarazem teorii , to jak przekonywać głuchego, żeby nie patrzył na usta tylko skupił się na słuchaniu. I dlatego powstały konkretne narzędzia. Jeśli już nie do pokazywania na wystawach osiągnieć technicznych, to przynajmniej  – do stosowania.

Ktoś narzekał, że ma kilka osób na krzyż i nie potrafią się dogadać. Każdemu przykleił jakąś łatkę: a ten to kłótnicki, a ten to zawadiaka, za tamten to taki z cicha pęk, a inny zawzięty i tak to szło…

– Masz doktor na to sposób? – pytanie było zaczepne i konkretne zarazem.

Wobec tego odpowiadałem:

– Dasz mi ich na jeden dzień?

Dał.

Wrócili do roboty i zaczęli się dogadywać. Powtarzało się to w różnych scenariuszach, raz w mniejszych, raz z większym zespołem, ale zawsze było tak, że wcześniej ludzie byli skłóceni, a ich szefowie gotowi wywalić prawie wszystkich na bruk. A potem układało się to. Powoli, czasami jak po grudach, ale ludzie się nie kłócili. Nie wyzywali, jak wcześniej i w sumie – przez to – lepiej im się pracowało.

Pytanie nadzorujących krążyło nade mną w oczekiwaniu na wskazanie winnego i co mu zrobiłem. Tymczasem moim problemem było – jak im przetłumaczyć, że to nie w ludziach sedno tkwi, ale w ich komunikacji i tym. jak ona jest poskładana.

Nie powiem, że było łatwo. Jedno tylko nie ulegało zmianie: zawsze było totalne zaskoczenie i zawsze opowiadający o tym co robiliśmy mówili, że było dziwnie. Inne epitety nie mają w tym kontekście znaczenia. Skupmy się na tym  co z nimi robiłem?

W ogóle nie wracaliśmy do sytuacji konfliktowych, to robiły zapewne i psycholog i socjolog. A może nawet psychiatra, gdyż i takie sugestie padały ze strony niektórych szefów. Z dorobku polskich metodologów skupionych wokół Prof. Jerzego Kmity wyniosłem przekonanie, ze trzeba na problem patrzeć całościowo i nigdy z perspektywy jednej tylko dyscypliny  naukowej. Nie ma znaczenia czy to humanistycznej czy przyrodniczej. Zawsze naukowej, gdyż wtedy wiadomo o czym się mówi i dlaczego.

Łatwo powiedzieć, ale wyszukanie takiego sposobu podejścia do problemu w czasach, gdy sama nauka dzieli się na coraz węższe specjalizacje obejmujące coraz drobniejsze obszary naszej realności – wymagało lat przemyśleń, podejść, prób, jak szukanie całego w dziurze, by sparafrazować bardziej pesymistyczne wersje tego obrazu. Jak to było – będzie jeszcze wiele okazji, aby o tym opowiedzieć. Udało się. I dzięki temu zaczęły powstawać narzędzi. Jak te – opisane powyżej.

Każde z nich ma swoją historię. powstania, wdrożeń, klęsk i sukcesów.

Tadeusz Wojewódzki